Tuesday, December 9, 2008

Opis "Trophic thunder".

War, war never changes...

Kto nie wie skąd te słowa pochodzą, niech szybko zrobi 10 pompek.

Filmów o wojnie nakręcono już setki, a jakieś 95% to filmy amerykańskie. Na dobrą sprawę można by podzielić je na dwie kategorie. Pierwsza, to filmy z lat +/- do 80tych, gdzie armia amerykańska jest zajebista i miażdży swego wroga nawet będąc w przewadze 20:1 na swoją niekorzyść. Takie filmy to np. "The Fighting Seabees " czy "Bridge at Remagen". Najlepiej obejrzyjcie taki, to zrozumiecie o co mi chodzi - wyjątkowo nachalne "budowanie morale" widza, na zasadzie "gwardia umiera, ale się nie poddaje", albo częściej "gwardia wygrywa i niech żyje Ameryka". Nie zobaczy się w nich krwi, flaków, dezerterów, przypadkowych ofiar - wojna jest maksymalnie ugrzeczniona.

Drugie, to produkcje najnowsze, "Saving private Ryan", "Band of Brothers" i mój faworyt, IMHO najgenialniejszy film wojenny "When trumpets fade" - w Polsce znany pod tytułem "Kiedy zamilkną działa". Pokazują, choćby w ułamku, prawdę o wojnie (choć i tak nie ma porównania z tym, co można przeczytać we wspomnieniach - polecam książki Ambrose'a, np. "D-Day").

"Tropic Thunder" nie należy do żadnej z tych dwóch kategorii - to komedia. I właściwie nie komedia wojenna - bo nie wojna jest przedmiotem kpiny, tylko amerykański przemysł filmowy. Mołszyn pikczer Bena Stillera opowiada o kręceniu najdroższego filmu wojennego w historii na podstawie książki biograficznej "Tropic Thunder", napisanej przez weterana z Nam'u.
Niestety aktorzy kompletnie sobie nie radzą z rolami, a producent rząda efektów - albo głowy reżysera. Ten, zdesperowany, wpada z autorem książki na szaleńczy pomysł - zrzucić aktorów do dżungli, pochować kamery na drzewach, dać im scenariusz, mapę i kręcić "z ukrycia" - w odpowiednim momencie wysadzać znajdujące się tu i ówdzie ładunki wybuchowe, żeby podkręcać atmosferę. Problem w tym, że już na początku akcji reżyser wpada na starą minę, a aktorzy myślą, że to efekt specjalny. W dodatku trafiają na kartel narkotykowy, który myśli, że aktorzy to oddział amerykańskiej agencji DEA.

Tyle o fabule.

Film wyśmiewa wszystkie dziwne, pozerskie zachowania z Hollywood (popularność "uber alles") adoptowania dzieci z krajów azjatyckich, ćpania, kręcenia filmów o niepełnosprawnych, o wymaganiach i rozpieszczeniu aktorów, o operacjach plastycznych, a także o nachalnym, amerykańskim patosie filmów wojennych... można by tak wymieniać.

Kirk Lazarus: Check it out. Dustin Hoffman, 'Rain Man,' look retarded, act retarded, not retarded. Counted toothpicks, cheated cards. Autistic, sho'. Not retarded. You know Tom Hanks, 'Forrest Gump.' Slow, yes. Retarded, maybe. Braces on his legs. But he charmed the pants off Nixon and won a ping-pong competition. That ain't retarded. Peter Sellers, "Being There." Infantile, yes. Retarded, no. You went full retard, man. Never go full retard. You don't buy that? Ask Sean Penn, 2001, "I Am Sam." Remember? Went full retard, went home empty handed...


Oczywiście skoro komedia dziejąca się na planie filmu o Wietnamie, to nie mogło zabraknąć słynnej sceny z "Plutonu" - żołnierz na kolanach, + kilka drobniejszych żartów z filmów wietnamskich.
Warto obejrzeć go dla roli Roberta Downey'a Jr. - gra czarnoskórego sierżanta granego przez białego Australijczyka. Całość obsady dobrana jest bardzo dobrze - Tom Cruise (nie zgadłbym ze to on), Jack Black, Ben Stiller, wspomniany Robert Downey Jr. Nie są to role oskarowe, ale nie rażą sztucznością.


Nie będę oceniał scenografii. Co mógłbym napisać? Scenografia - dżungla - jeżeli ktoś nie wie jak wygląda dżungla proponuje sprawdzić w Wikipedii pod hasłem "dżungla", albo obejrzeć National Geographic. Co jeszcze mogę napisać o fajności dżungli? Że jest odpowiednio zielona? Albo że scenarzysta dobrał zły gatunek drzew?
To samo o muzyce - nie przeszkadza, ale nie zachwyca (to nie LotR), praca kamery też nie zwraca na siebie uwagi - to nie "Helikopter w ogniu" ani "Szeregowiec Ryan". Efekty specjalne - coś czasem pierdolnie, to nie "Gwiezdne Wojny".


Alpa Chino: And why am I in this movie? Maybe I just knew I had to represent, because they had one good part in it for a black man and they gave it to Crocodile Dundee.
Kirk Lazarus: Pump your brakes, kid. That man is a national treasure.
Alpa Chino: I just wanted to throw another shrimp on your Barbie.
Kirk Lazarus: That shit ain't funny.
Kevin Sandusky: Hey, fellas! It's hot! We're tired! It stinks!
Alpa Chino: I'm just fucking with you, Kangaroo Jack! I'm sorry a dingo ate your baby.
Kirk Lazarus: You know that's a true story? Lady lost her kid.


Jak dla mnie to jest 7/10 - dobrze się na nim bawiłem i mogę go polecić.

Coś sie kończy, coś się zaczyna.

Do reaktywacji mojej strony zbierałem się dość długo. Tzn. kilka razy pisałem krótkie posty w rodzaju "od przyszłego tygodnia wracam", albo "już niedługo nowe posty", jednak po krótszym czy dłuższym czasie post ten był usuwany. Po pierwsze mi się nie chciało, po drugie nikt komentarza nie wrzucał, więc wnioskowałem, że nikt tu nie zagląda. Nie mogę potwierdzić tego wniosku, bo już dawno zadziałem gdzieś hasło do stat4u swojej stronki. Poza tym, cóż, brak mi było tematów do ciekawych postów - mimo wszystko szermierka jest sportem dość rutynowym. Ćwiczysz, walczysz, wygrywasz, przegrywasz. O rekonstrukcji też tu nie pisuję, bo mało kto z SFA interesuje się historią wojskowości. Fotografią zajmuje się od relatywnie nie dawna, a przynajmniej nie od tak dawna jak Marek czy Maciek - więc co mógłbym o niej pisać? Chwalenie się nabytkami foto jest dla mnie trochę lamerskie, nie śledzę najnowszych gadżetów foto, a zdjęć na bloga nie lubię wrzucać. Strzelam od dwóch miesięcy, poza tym strzelectwo też nie jest super porywającym sportem - no chyba, że zacząłbym strzelać do ruchomych celów :P. Skanów moich tarcz wrzucał tu nie będę, bo mało kto będzie w stanie to "ocenić". Jak mam na 10 strzałów skupienie w okolicy 7 (tzn. że strzały najdalsze od "10 " znajdują się przy okręgu "7",) to wg. niektórych jest zajebiste, a według innych chujowe. O religii nie piszę, bo uważam, że to sprawa osobista, a nie życzę sobie tu kłótni miedzy wierzącymi i niewierzącymi, ani przedstawicielami różnych wyznań. Jak kogoś to bardzo interesuje to TAK, jestem wierzący i praktykujący i NIE, nie przeszkadzają mi przedstawiciele innych opcji religijnych i ateistycznych, chyba że na siłę będą chcieli mnie przekonać do swoich racji - w tej kwestii moje motto to "żyj i daj żyć w spokoju innym - a jak nie, to wypierdalaj". Na tym kończę temat religii na moim blogu. O polityce też pisać nie będę, bo to dla mnie jedno wielkie szambo, a nieważne w jaki sposób do szamba wejdziesz, to i tak się ujebiesz. W trzech słowach, nie jestem zwolennikiem żadnej aktualnej opcji politycznej, ale nie uznaję komunizmu, socjalizmu i ich pochodnych - głównie z przyczyn historycznych (dla twierdzących, że nazizm = prawica, polecam tę stronkę). Jeśli już, to bliżej mi do prawicy. Koniec o polityce.

Zależy mi, żeby stronę uruchomić - w sumie opisałem się na niej dość sporo, tym, którzy ją czytali "się podobała" - z drugiej strony nie chcę, żeby to była stronka w której teksty będą "denne" i "na siłę". Lepiej napisać jeden fajny post raz na tydzień, niż walić je jeden za drugim. I tego postaram się trzymać. Będę pisał pewnie głównie o szermierce, wrzucał coś z fotografii, czasem napomknę coś o strzelectwie i rekonstrukcji. Na pewno będę chciał pisać o książkach i filmach - jak czas pozwoli mi czytać i oglądać.

No, to od czegoś wypadałoby zacząć, a powyższe jojczenia można podsumować "to tyle tytułem wstępu".

A zacznę od... filmu.

Monday, June 23, 2008

Coś podobnego...

...nowy post!

No, nie do końca. Raczej tylko zaznaczam fakt, że jeszcze pamiętam o tym dziele, kto wie, może zacznę je nawet aktualizować. Tzn, mam taki zamiar, ale nie przychodzą mi pomysły na to co mógłbym napisać. Dajcie mi czas, to coś wymyślę, może wzorem Michała zacznę pisać o jakichś nowościach książkowo-filmowych - albo nawet i nie nowościach, tylko książkach, które warto przeczytać/ominąć szerokim łukiem.

A, właśnie. Mały załącznik do poprzedniego postu. Krótko po tym jak pojawił się on na moim blogu (nie lubię tego określenia, kojarzy mi się z czymś -> takim.) , na blogu pewnej osoby, która ma styl bardzo zbliżony do mojego (a właściwie to ja do niego, bo on zaczął swoją "działalność publicystyczną" wcześniej niż ja), pojawił się tekst o "czepialstwie", który kończył się konkluzją, "wypierdalać" pod adresem czepiających się. Konkluzją słuszną. (Adresu ani nazwiska autora bloga nie podam, bo jeszcze przez trackbacki tu trafi i będę miał.) W każdym razie, nie wiem czy to zbieg okoliczności, czy autor tu trafił i przeczytał, ale na wszelki wypad(ek) dodaję objaśnienie.

Poprzedni tekst miał raczej charakter humorystyczny i pisany "przez człowieka z fiołem na punkcie fechtunku dla jemu podobnym pomyleńców". 99% przedstawionych przykładów zaliczyłbym do udanej i lubianej przeze mnie literatury/lubianego i udanego filmu. To, że się czepiam takich rzeczy, jest wynikiem mojego pierdolca na punkcie szermierki i niczego więcej. Kto mnie zna lepiej, ten wie. Nigdy nie odradziłbym komuś np. iść na "Hrabiego Monte Christo", "bo dziad ma takiego skilla trenerskiego po swojej kilkunastoletniej odsiadce w pierdlu, że to jest niemożliwe i ten film jest gówniany. Gdzie on ćwiczył pracę nóg? Na ścianach?". To samo dotyczy chociażby "Piratów z Karaibów" i książek - "Sagi" Sapkowskiego, czy opowiadań Żambocha. To jest fantastyka, gdzie miecz przebija zbroję wraz z zawartością.

Czasem jednak bywają w filmach/książkach miejsca, w których mózg staje a wszystko inne opada. Po prostu - osoba która wie, że tak się nie da, nie będzie tak łatwo potrafiła przejść nad tym do porządku dziennego - ale to dotyczy głównie dzieł aspirujących do bycia "historycznymi". Fakt popisów akrobatycznych, absolutnie niewykonalnych w prawdziwej walce, w filmie w rodzaju "3 muszkieterowie", "Zorro" or smth like tht wcale mi nie przeszkadza.


Wpis brzmiał serio, ale taki nie miał być (no dobra, niektóre fragmenty są na serio - wstęp i zakończenie) - po prostu to jest mój styl pisania. Jeżeli pisałbym na poważnie, to mógłbym napisać o tym książkę - jadąc po wszystkim - od "Trylogii" zaczynając, na "Gwiezdnych wojnach" kończąc.

Sunday, March 2, 2008

Czego nauczysz się o szermierce...

...z tak zwanej "kultury masowej", czyli "Hit him while he is in the air"
Może krótki wstęp...
Osoba nie mająca zielonego pojęcia o jakiejś dziedzinie życia, jest skłonna uwierzyć w każde gówno które jej wcisną. Nieważne co to - historia, sport, medycyna czy tysiąc innych. Oczywiście są wyjątki, chociażby odbiór sztuki. Nikt mi nie wmusi, że ktoś "wielkim poetą był", jeżeli jego wiersze ssą na całej linii (choć w sumie, już kiedyś o tym pisałem w odniesieniu do książek). Ale na przykład historia - i większość filmów historycznych. Przeciętnemu widzowi się podoba, ale ktoś, kto siedzi w temacie zacznie wyłapywać różne nieścisłości i błędy, chociażby Kałasznikowy w "Czterech pancernych i psie". "Czego kurwa chcesz, weź przestań się czepiać i spierdalaj, mi się podobało." pewnie powie wiele osób. No i mają rację, ale dla osób które wiedzą, że tak nie było i że tu jest błąd, jest to rażące i zwyczajnie zmniejsza przyjemność z oglądania filmu. Czasem mniej (nieszczęsny kałasznikow), a czasami makabrycznie ("Battle od Bulge", bitwa która historycznie rozgrywała się w zaśnieżonym terenie Ardenów tutaj odbywa się na pustynnym płaskowyżu. Halo, czy to "Wacht am Rhein" czy "Torch"?).
Kolejnym, bezlitośnie gwałconym przez różnego rodzaju twórców tematem jest szermierka. Wszelkiej maści scenarzyści i pisarze prześcigają się w opisywaniu walk, które sie spodobają 99% czytelników czy widzów, niestety ten jeden procent wyłapuje to, jaki crap wciskają. Ale ponieważ to tylko 1%, to można go olać.
Poniżej przedstawię kilka takich kwiatków.

1. Trener jest niezużywalny, czyli "Concrete and steel".

50 letni trener szermierki nigdy nie będzie miał problemów ze stawami. Nigdy. Jego tkanka chrzęstna regeneruje się na bieżąco. Chyba, że to jest powiązane z jakimiś wszczepami albo nanotechnologią - jeżeli tak, to powiedzcie mi gdzie to można kupić.
Występuje w: większość filmów ze starożytnym trenerem.

2. Trenerska pamięć absolutna, czyli "Memory remains".

Trener szermierki, który raz nauczył się fechtunku nigdy go nie zapomni, jego szybkość nie spadnie a wypad pozostanie długim. Może siedzieć przez XX lat w pierdlu czy pod wodospadem, a i tak będzie wymiatał. Jak ja nie chodziłem przez rok na szermierkę, to mój poziom upadł na dno, następnie chwycił łopatę i zaczął kopać.
Występuje w: "Zorro"(wersja z Banderasem), "Hrabia Monte Christo"

3. Broń jest również niezużywalna, czyli "Power of my sword".

Broń należąca do pokoleń jakiejś rodziny jest w stanie dziewiczym. Jeżeli w jakiejś scenie w filmie ktoś przekazuje bohaterowi miecz który rzekomo należał do dziadka, a przedtem do pradziadka, a przedtem do lokaja, to zapewniam, że nie będzie miał ani jedne rysy(miecz, się znaczy). Będzie świecił własnym blaskiem. Widzę tylko dwa rozwiązania.
1. Pierdoli i wciska chińszczyznę.
2. Miecz ten wyglądał kiedyś jak broń bohatera mangi "Berserk" i po prostu był z pokolenia na pokolenie szlifowany, aż został sympatyczny pałasz, albo gorzej, szpada.
Występuje w: większość filmów fantasy, w których bohater używa starożytnej, niemagicznej broni. - Nie posiadam danych na temat zużywalność broni magicznej, a TNS OBOP odmówił udostępnienia mi materiału do badań.

4. Chuj że nielogiczne, ważne że fajnie brzmi, czyli "We will rock you"

Zarzut głównie do pisarzy. Jak kurwa używacie szermierczej nomenklatury, to sprawdźcie najpierw co znaczy co, bo potem widzę takie kwiatki: "Bohater uniknął cięcia piruetem i zgrabną balestrą zablokował klingę przeciwnika". Yeah, jest młodzieżowo i rockowo. A teraz spróbujmy sobie to wyobrazić. Antagonista tnie, a bohater zaczyna się obracać. Antagonista patrzy na idiotę który zamiast postawić zasłonę, kręci się jak derwisz z udarem. Załamany poziomem szermierki na świecie opuszcza miecz (czy jakieś inne żelastwo), na co tylko czekał bohater, który "zgrabną balestrą" przydeptuje przeciwnikowi broń. No, jeżeli takie rzeczy potrafi, to ja przepraszam i idę siedzieć pod wodospadem. Ale bardziej prawdopodobne jest to, że twórca nie odrobił lekcji i nie chciało mu się poszperać po necie i sprawdzić czy nie tworzy jakiejś aberracji. Powyższy przykład jest nieco przerysowany, ale ja to tak widzę.
Występowanie: większość literatury fantasy.

5. Armor-piercing, czyli "Let the bodies hit the floor"

Pewien aforyzm mówi, że włócznia jest zawsze silniejsza od tarczy, i w pewien sposób jest to prawda. Niestety tFurcy traktują to bardzo dosłownie, sprawiając, że opancerzenie żołnierza jest tylko dodatkiem estetycznym. Zbroję można ciąć, przebijać i łamać. Żeby to toporem czy młotem, możemy to zrobić wszystkim! W ekstremalnych przypadkach przebijemy nawet kilku zbrojnych przeciwników naraz! Gregor swego czasu powiedział, że żeby sprawdzić czy to prawda, należy spróbować mieczem przeciąć stalową rurę, o grubości ścianek odpowiadającej zbroi.
Występuje w: "Krawędź żelaza", opowiadanie "Koneser". Ten jeden przykład wystarczy, bo jest z gatunku tych ekstremalnych. (Choć tam akurat broń się zużywa, patrz punkt 3)

Dobra, to wystarczy jeśli chodzi o wyładowywanie mojej frustracji. Może jeszcze kilka uwag - nie czepiam się wszelkiego rodzaju anime/mangi - to ma swoje prawa którymi się rządzi, nie czepiam się również filmów chińskich w rodzaju "Hero" czy "Przyczajony Tygrys, Ukryty smok", w których walka często przypomina taniec i gdzie obok choreografii jest ważna cała "obudowa" (muzyka, dźwięk, scenografia) (zwłaszcza w "Hero"). Nie pisałem również o choreografii walk w filmach "w ogóle", bo rozumiem, że niepokazowa walka szpadowa czy szablowa na wysokim poziomie nie wygląda ani trochę ciekawie dla ludzi, którzy się na szermierce kompletnie nie znają.

Aha, małe uściślenie - fakt, że jakiś film czy książkę podałem jako przykład babola, nie znaczy że jest do dupy, "Hrabia Monte Christo" to jeden z moich ulubionych filmów.

http://homepage.ntlworld.com/davidtcook/lisa/Strip/page8.html - a to zamiast podsumowania mojego postu. Zapraszam to podzielenia się swoimi opiniami.

Thursday, February 21, 2008

Rapier

Po naprawdę długiej przerwie coś tu skrobnę. Od mojej ostatniej notatki nic się ciekawego nie wydarzyło - żadnych pokazów, jakichś treningów których dziwność przekraczała średnią krajową dla SFA... więc w sumie nie było nawet za bardzo o czym pisać. Oczywiście dla profesjonalnego bloggera, który prowadzi Emo-blog fakt, że nie ma o czym pisać nie jest żadnym usprawiedliwieniem, ale ja jestem tylko amatorem. Nawet grzywki sobie na oczy nie zaczesuje.
Tytuł postu sugeruje że będzie o rapierze. I właśnie. Od obozu letniego posiadam to narzędzie zniszczenia i zagłady. I od razu mogę stwierdzić - mój skill sux. Fakt, że dostaję wklep od każdego, nie nastraja mnie pozytywnie do życia, więc ostatnio (znaczy od wczoraj), stwierdziłem, że pierdolę walki. Po cholerę mam walczyć, skoro moja technika ssie. Lepiej niż Electrolux. Po krótkiej analizie i wysłuchaniu kilku dobrych rad doszedłem do tego co jest nie tak i jak to naprawić:
a) Cofam rękę, przed atakiem, obroną, zasłoną, whatever.
b) Boję się osadzenia. Nawet nie tego, że "boli". Po prostu, jak widzę, że ktoś chce osadzić, to zaczynam się cofać bez ładu i składu, zasłaniam sobie pole widzenia.
c) Jestem wolny po chuju fest. Ci co chociaż raz widzieli szermierkę nawet w TV, to sami mogą się domyśleć jaki będzie efekt wolnego poruszania się.
Po namyśle stwierdziłem, że zamiast na sparingach trzeba się skupić na technice, od najbardziej podstawowych rzeczy poczynając - od ataku. Z ręki wyprostowanej, z krokiem, z wypadem, z kroczkiem, z kroczkiem i wypadem, z krokiem i wypadem. Najpierw zacząłem od ręki i dopóki nie opanuje tego kretyńskiego odruchu cofania jej przed atakiem, na tym poprzestanę. Nie dość, że pokazuję przeciwnikowi "tu będzie atak" to jeszcze wystawiam mu ryj pod strzał. Poza tym dochodzę do wniosku, że mam trochę słabą łapę do rapiera - ciężko jest wyprostowaną ręką wrócić do pozycji wyjściowej, nie cofając jej (patrz wyżej). Tak można gadać jeszcze długo, zobaczymy jak ta "metoda treningowa" się sprawdzi. Co do punktu "b" nie mam pojęcia jak się przestać bać. Stać po 15 minut na treningu i dawać się trafiać? Kupić gruby plastron i cięższy kaftan? Walczyć na haju? Co do "c" to rada jest prosta. BIeganie i "pruskie pompki".

No to by było na tyle na teraz.

Monday, February 18, 2008

Return of a fencer

Mam nadzieję od tego tygodnia znów zacząć regularnie wrzucać tu jakieś...hmm...krótsze i dłuższe teksty. Zatem zapraszam do zaglądania w ten zapomniany kawałek netu.

Sunday, December 23, 2007

Święta - Życzenia

Nic dawno nie pisałem, i pewnie przez jakiś czas jeszcze się nie pojawi...chociaż kto wie.

W każdym razie, dla osób którzy się czasem tu zapuszczą:

Wszystkiego najlepszego z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku - dużo szczęścia, zdrowia, pieniędzy, odpornych stawów kolanowych i niełamliwych kling.